23Sierpień2010

Into the wild

Autor: Ania&Olo. Kategorie: Inne; Kazachstan.

Kazdy z nas, nawet jesli mieszka szczesliwie o krok od chorzowskiego parku, nie raz marzy o powrocie choc na krotko na lono natury. Zyc w prostym rytmie dnia wyznaczanym przez wschody i zachody slonca. Organizowac czas wokol zyciowych niezbyt skomplikowanych czynnosci zdobywania pozywienia, gromadzenia zapasow wody i opalu na wieczorne ognisko. Wsluchiwania sie w las i w cisze. Po to wlasnie jedziemy nad Jezioro Burabay na polnoc od Astany. „Mala Szwajcaria” jak mowia tu wszyscy z wielka duma. A mily pan kierowca, ktory podwozi nas naszym pierwszym w Kazachstanie autostopem powtarza z odrobina wyzszosci, ze tylko dwa sa takie miejsca: Szwajcaria i Burabay wlasnie. Po rozbiciu namiotu czujemy sie za to calkiem swojsko. Zupelnie jak nad Chechlem lub w Beskidzie Zywieckim. Widac wszyscy, ktorzy jezdza ze Szwajcarii do Kazachstanu Polske omijaja szerokim lukiem.

Dzikosc miejsca i czule nawiazane porozumienie z natury psuje nieco ilosc plastikowych butelek porozrzucana w lesie, niedalekie budki z piwem, wesola platna plaza pelna w czasie weekendu i milczacy lesnik Raszid. Ku naszemu rozczarowaniu nie przychodzi w odwiedziny jak stary wytrawny traper ogrzac sie przy ognisku i zaspiewac partyzanckie piesni,ale ot, po zaplate za nocleg. Ale jesli tylko popatrzec w odpowiednim kierunku to widac wyrastajace z jeziora gory, iglasty las i ksiezyc odbity w wodzie czystej jak lza, w ktorej nasi sasiedzi(w pulapke z plastiku oczywiscie) lapia raki. A na szczycie zalesionej gory mozna podobno spotkac sarny. Oraz lisa. Ta swiadomosc nam zupelnie wystarcza.

Po dwoch dniach sielanki w upale nagle przychodzi zimna jesien. Kapiele w jeziorze zamieniamy na ogladanie filmow w spiworach. Wieczorem robi sie szaro i ponuro, znajome krzaki zaczynaja wydawac dziwne i podejrzane odglosy, a z powodu deszczu ogien nie chce sie nawet zapalic. Jak prawdziwe dzieci z miasta uciekamy do sasiadow- rosyjskiej rodziny na wakacjach. Rozpalaja dla nas ognisko, dostajemy po misce makaronu z miesem i marchewka, kubki herbaty i cale garscie ciastek. A na odchodne zostajemy obdarowani konserwa z baraniny, ktorej nigdy nie odwazymy sie otworzyc.

Zasypiamy spokojni z pelnymi zoladkami i wiara w dobrych ludzi.

1 

18Sierpień2010

Pociąg

Autor: Ania&Olo. Kategorie: Inne; Kazachstan.

WARSZAWA.

Wsiadamy do dusznego pociągu. Wyczerpani pożegnaniami ściskamy jeszcze tylko Przemka i ruszamy. Jak zawsze, kiedy wyjeżdżam tak i dziś w rytmie stukotu kół w głowie wiruje mi i stuka tysiąc myśli i pytań po co i dlaczego. Dziś nie znam jeszcze odpowiedzi. Może jutro?

GRANICE.

Wydaje się oczywiste, że pociąg, który jedzie z Polski przez Ukrainę i Rosję do Kazachstanu przecina po drodze trzy granice. Ale na wyprawie wiele rzeczy tylko „się wydaje”. Jak się okazuje pociąg owszem wjeżdża do Kazachstanu tylko po to żeby po paru godzinach wjechać znów do Rosji i ponownie z niej wyjechać. W Związku Radzieckim zapewne nie miało to większego znaczenia, dla nas owszem ma- nasza tranzytowa wiza rosyjska jest jednokrotna. Wszystkie z pięciu (sic!) granic przekraczamy półprzytomni zawsze o 4 nad ranem. Pogranicznicy też wyglądają na zaspanych i przymykają oko na naszą wizę życząc dobrej podróży.

STACJA.

Rytm podróży wyznaczają przystanki. Ich długa lista wisi na początku każdego wagonu z dokładnym co do minuty czasem przyjazdu i czasem postoju. I bez obaw można jej ufać, w całej Rosji pociągi nie spóźniają się wcale. (Aż strach pomyśleć jak bardzo mógłby się spóźnić pociąg PKP na pięciodniowej trasie). Rosyjskie miasta, w których stajemy wydają się pochodzić z innego czasu, epoki, a może i planety. Wyrastają nagle z monotonnego płaskiego krajobrazu, atakują przemysłowymi zwalistymi bryłami z żelaza i betonu z niepracującymi żurawiami, podnośnikami, koparkami. Gdzieniegdzie widać szare bloki i małe, smutne blaszane domki. Witają nas majestatyczne, bogato zdobione, prawie pałacowe budynki dworców. Jeśli przejść przez główny hol na stronę miasta można zobaczyć opustoszałe place i rynki. Zawiesiste, duszne powietrze wygląda jak nieruchomy kurz. Na ulicach pojedyncze samochody o mocno przyciemnionych, czarnych szybach, na chodnikach nie ma nikogo. Miasta widma.

Za to na zakurzonych peronach czekają już na nas babuszki, dobrze nam znane z podróży koleją transsyberyjską. Sprzedają wszystko z kraciastych jarmarcznych toreb, wiklinowych koszyków lub na styl kazachski ze starych odpowiednio przystosowanych dziecięcych wózków. Kuszą zimną wodą, kefirami i jogurtami, jajkami na twardo, zestawami obiadowymi z kotletem, ziemniaczkami i pomidorem. Sprzedają „marożonyje” w wafelku i oczywiście zimne piwo, najczęściej w ekonomicznych 1.5 lub 2.5 litrowych plastikowych butlach. Za namową współpasażerów kupujemy to o wdzięcznej nazwie „Żiguliewskoje”. Na niektórych bardziej egzotycznych peronach można kupić ponad metrowe wędzone ryby (wymarzony wprost aromat w przedziale) albo fioletowo-różowe szale z miękkiej wełny. Sądząc po podarkach jakie wożą tu pasażerowie nic nie dziwi. Widzieliśmy już konia na biegunach wielkości tłustego kucyka, pluszowego aligatora mojego wzrostu owiniętego folią, a nasi sąsiedzi dostali „na przechowanie” od prowadnicy (pani konduktor) chrzcielnicę zajmującą połowę luku bagażowego. Na każdej granicy musieli ją odpakowywać, tłumaczyć gdzie, po co i do kogo jedzie, a wreszcie przekonywać pograniczników, że naprawdę nie jest ze złota.

Po zakupach przechadzamy się w cieniu ogromnych wagonów, wielkich lokomotyw i pociągów tak długich, że niektóre z nich są ciągnięte przez aż trzy lokomotywy. Wobec imperialistycznego rozmachu czujemy się odpowiednio- mali i onieśmieleni. Tuż przed odjazdem nasza prowadnica Anna zagania nas do wagonu jak dzieci w przedszkolu.

ZE WSZYSTKICH WIN NAJLEPSZA JEST WÓDKA.

Co można robić przez kilka dni w pociągu? Tyle jest do roboty, że ledwo starcza na to wszystko czasu. Czytamy książki i gazety, pochłaniamy polskie zapasy, myjemy się systemem kubełkowym w trzęsącej się toalecie, okresowo zapadamy w śpiączkę. Ale przede wszystkim poznajemy współpasażerów. Na styl milczący tych, z którymi nie umiemy porozmawiać naszym słabym rosyjskim. Wielkiego jak z amerykańskich komedii, zwalistego mężczyznę, który dosiada się do nas na jeden dzień. Całą drogę pochrapując zapada w drzemkę, budząc się na krótkie chwile żeby wypić dolewane przez Ola piwo i poczęstować się czosnkową kiełbasą. Albo namnażającą się w oczach rodzinę, której trójka, czwórka, a wreszcie piątka plus niemowlak siedzi na jednym łóżku w naszym przedziale i nieśmiało się przygląda. Z tymi, z którymi możemy jeszcze delektować się polską mową przesiadujemy przy piwie albo jeszcze lepiej przy pysznej cytrynówce wyrobu mojej mamy. Tak poznajemy Marcina, który jedzie na rok studiować w stolicy Kirgistanu- Biszkeku i tak dobrze i szybko rozmawia po rosyjsku, że jeszcze trudniej nam go zrozumieć niż samych Rosjan. Łukasza w drodze do dziewczyny, Kazaszki z Ałma-Aty, który zostawił dobytek, znajomych i dotychczasowe życie w Dublinie i irlandzkie klimaty zamienia właśnie na życie w Kazachstanie. Wesołą Marinę, poznańską studentkę historii, Polkę z Kazachstanu. Jedzie do domu na dwumiesięczne wakacje, nie była tam już 4 lata i tyle samo czasu nie widziała swojego taty. Pana Włodka z Gdańska, który jak co roku odwiedza Astanę, miasto z którego pochodzi i gdzie mieszkają jego dzieci. Pan Włodek odmawia piwa, bo nie lubi, a cytrynówki, bo obiecał żonie. Twierdzi za to, że ze wszystkich przetworów mlecznych najlepsze jest mięso, a ze wszystkich win, najlepsza jest właśnie wódka.

HISTORIA. HISTORIE.

Historia sąsiadów z przedziału obok. Uśmiechnięte małżeństwo na jednym z przystanków opowiada jak wyglądało życie przesiedlonych do Kazachstanu dziadków. Wysadzono ich pośrodku niczego, gdzie po horyzont step i step. Mieli ze sobą tyle ile mieściło się w małej podręcznej walizce. Rękami i tym czym się dało wykopali sobie ziemianki, żeby jakoś przetrwać zimę i dochodzące do minus 40 stopni mrozy. Zapewne umarliby z głodu gdyby nie kazachscy rdzenni koczownicy, którzy dzieli się z nimi jedzeniem. Nasi sąsiedzi pracują w Polsce, jadą z prezentami w gości do reszty rodziny, która dalej żyje w Kazachstanie.

Historia pana Włodka. Rodziców zesłano z pogranicza polsko-ukraińskiego w 1936 roku, byli wtedy bardzo młodzi. Pan Włodek wychowywał się w Astanie, wtedy jeszcze nie była stolicą, tylko przemysłowym sowieckim miasteczkiem. W 2000 roku, po 64 latach życia w Kazachstanie rodzice postanowili przenieść się do Polski. Mieszkają w Gdańsku, tak jak nasz współpasażer i niektóre z jego dzieci i wnuków. Pozostali żyją w Astanie. Zupełnie niedawno, jak zresztą co roku, rodzice pana Włodka pojechali w odwiedziny do Kazachstanu takim samym jak my pociągiem. Oboje są po 80-tce.

Historia Mariny. Marina jak sama wyjaśnia jest Polka „czystej krwi”. Rodzina ze strony mamy i taty ma swoje korzenie w Polsce, ale aż od 4 pokoleń żyje na północy Kazachstanu. Jej dwie starsze siostry ułożyły sobie życie w Poznaniu, najmłodsza 8-letnia mieszka z rodzicami w małym kazachskim miasteczku. Może w tym roku uda się namówić rodziców, żeby sprzedali dom i przenieśli się do dzieci, do Polski.

To tylko historie z naszego wagonu i tylko tych, którym się udało. Trudno oderwać wzrok od wzruszonych witających się rodzin na kazachskich dworcach.

KAZACHSTAN.

Żegnamy przedział, który był naszym domem przez te kilka dni. Czeka na nas NOWE. Kraj dalekich po horyzont stepów, kosmicznie nowoczesnych budowli Astany i baranich smakołyków. Jeśli oczywiście wierzyć książkom

1 

28Maj2010

Absolut Palolem

Autor: Ania&Olo. Kategorie: India; Inne.

0 

Kalendarz

Wrzesień 2010
P W Ś C P S N
« sie    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Ostatnie wpisy

Linki

Archiwum