22Marzec2012
Festiwal Garuda Katowice
Dziekujemy za przybycie i miłe słowa przy okazji zapraszamy na
http://www.festiwal.garuda.org.pl/ to już 10 raz!!!
i na filmik z Bangldeszu
Autor: Ania&Olo. Kategorie: Bangladesz; Inne; PoLsKa.
22Marzec2012
Dziekujemy za przybycie i miłe słowa przy okazji zapraszamy na
http://www.festiwal.garuda.org.pl/ to już 10 raz!!!
i na filmik z Bangldeszu
Autor: Ania&Olo. Kategorie: Bangladesz; Inne; PoLsKa.
17Styczeń2012
Zapraszamy
http://www.stadionslaski.pl/aktualnosci/informacje/id:458.html
i tu
Autor: Ania&Olo. Kategorie: PoLsKa.
10Maj2011
A było tak…
Nie, właściwie to nie macie ochoty tego słuchać, a my nie mamy siły żeby Was zanudzać.
Bo wszystko wydarzyło się jeszcze w Bangladeszu i zasługuje na osobną kiedyś historię. Morał z niej taki, że nie należy zostawiać roweru na strzeżonym parkingu w Dhace (ani nigdzie indziej zapewne też), choćby się zapłaciło uczciwemu parkingowemu (nawet równowartość jego tygodniówki albo twojej zapewne też). O tym wie (przynajmniej w Polsce) każde dziecko i my już też.
Bo rower niechybnie i wcześniej lub później zniknie. Nie znajdziesz go sam, ani z obsługą parkingu, ani przy pomocy szefa wszystkich szefów komendy stołecznej policji w Bangladeszu. I nie pocieszy cię zażenowane przepraszanie ani częściowe odszkodowanie, a wzrok spoliczkowanego przez swojego przełożonego parkingowego pogrąży cię tylko w głębszej depresji. I pozbawiony złudzeń zostaniesz puszczony (dosłownie) z torbami (rowerowymi).Twój dalszy rowerowy plan rozsypie się jak tłuczone szkło pod
cienką dętką. I będziesz snuł się (już nie jechał!) przygnębiony, ciągle opowiadając o twojej stracie. I pochłonie cię na długi czas pustka i śnił ci się będzie twój rower, dotykany innymi rękami, macany obcą stopą, smutno pobrzękujący dzwonkiem gdzieś w Bangladeszu.

I wreszcie kiedy naprawdę nikt (ani nawet ty sam) nie będziesz chciał już tego słuchać, po długiej bardzo nocy powoli wstanie słońce.
Pogodnie i łagodnie przyjdzie ci do głowy, że może ktoś gdzieś tak bardzo cieszy się z tego roweru jak ty kiedyś. (Kradzionego i twojego, ale ciągle jednak się cieszy. Czyli spłycając myśl na bardziej konkretną: Złodziejstwo nie jest w porządku, ale radość już jak najbardziej). Być może nawet przeciera go czasem szmatką (bangladeską), a nawet dokręca mu śrubkę, tę co się ciągle odkręcała…Wreszcie, bez popłakiwania, obejrzysz swoje rowerowe zdjęcia. Pomyślisz, najpierw nieśmiało, dręcząc się,
że to jednak zdrada, o nowym, innym rowerze.
Jak pomyśleliśmy tak szybko zrobiliśmy, zanim myśl uciekła (oraz pieniądze na koncie).
I oto jesteśmy w Polsce i tu są nasze nowe rowery.
Nie pytajcie dlaczego przylecieliśmy z daleka żeby jeździć rowerem po własnym kraju.
Bo choć podobno nie ma głupich pytań, to jednak na niektóre nie ma odpowiedzi. Jeszcze.
Tak więc pokrótce:
jesteśmy, chociaż nas wcale nie ma,
wróciliśmy, po to żeby wyjechać,
odkrywamy nowe, choć niby jest od dawna znajome,
i jesteśmy na wyprawie, ale całkiem u siebie.



Tak, tak. My też nic z tego nie rozumiemy. Być może dlatego, że choć nogi pedałują po polskiej dziurawej drodze, a w szerokich gniazdach na słupach klekoczą do ucha bociany to głowy zostały nam gdzieś w Azji. Bardzo możliwe, że już na zawsze.
Jeśli, tak jak i my, macie mgliste jak polski poranek i niepokojące jak indyjskie niebo w monsunie przeczucie, że wyjdzie z tego coś ciekawego to nie porzucajcie nas jeszcze przez chwilę. Do zobaczenia;)).
Autor: Ania&Olo. Kategorie: Bangladesz; Inne; PoLsKa; RoWeRy.
18Kwiecień2011
Długo przeciąga się w łóżku. Wstaje powoli, bo chociaż jego twarz ciągle wygląda jak twarz dziecka, to ma już przecież swoje lata. Za oknem dopiero świta i nad górami podnosi się mgła. Jak każdy mnich zawsze budzi się wcześnie, ale może i tak nie umiałby się wysypiać. Jest zbyt ciekawy nowego dnia. W tak dobrze znanym sobie rytmie sprawnie owija się w czerwono-żółte szaty. Siada po turecku na kawałku dywanu przy dużym oknie z widokiem na ośnieżone szczyty. Słucha brzęczących dźwięków budzącego się klasztoru. Wkłada okulary i zamyka oczy grzejąc się po zimnej nocy w słońcu jak zadowolony kot. Jest gotowy na poranne mantrowanie.
Kiedy wspinam się po stromych schodach w stronę głównej ulicy miasteczko Mc Leod Ganj już dawno wstało. Znów spaliśmy jak dzieci. Długo i z głową pełną dziwnych snów. Sen jest podobno najlepszą medytacją, jak twierdzi sam Dalai Lama i tej tezy zamierzamy się tu trzymać.
Wysoki sprzedawca o kaszmirskich rysach twarzy jak co dzień mówi mi dzień dobry, kiedy kończę sapać na ostatnim ze schodów. Znajomy pan z chodnikowego warzywniaka uśmiecha się z daleka i wyciąga koszyk na pomidory. Kioskarz zagaduje jak się mam podając dzisiejszą gazetę. Z nadzieją macha żebraczka siedząca w tym samym co wczoraj i przedwczoraj miejscu.
Na chwilę mamy to za czym tęsknimy w drodze. Oswojone miejsce. Dom.


Na słonecznym tarasie rozkładamy królewskie śniadanie. Tybetański chleb, jajka na twardo, słodkie pomidory, talerz cebuli, świeżej kolendry i szczypiorku. Pachnie prawdziwą kawą.
Jego Świątobliwość już dawno zjadł pierwszy posiłek. Co to było? Tybetańska owsianka? Ryż po indyjsku z płaskimi chlebowymi plackami? A może coś bardziej awangardowego? Na terenie klasztoru widzieliśmy przecież nieco zakamuflowaną włoską restaurację z najlepszą pizzą w mieście. W każdym razie, mamy głęboką nadzieję, że może jeść częściej niż skromne dwa razy dziennie jak inni mnisi. Ktoś kto tak bardzo celebruje życie na pewno lubi też konsumować.
Tymczasem nasz ogródek przed tarasem ożywa. Na ciepłe słońce ze swoich nor wyłażą kuny. Niepewnie przebiega znajomy bury kot bez ogona. Z impetem wpadają rozwrzeszczane złośliwe małpy psując co się da po drodze. Wreszcie nie wiadomo jak i skąd pojawiają się zadowolone, grube kundle. Gapimy się my i gapią się one. Domowe zoo na najlepszym w okolicy trawniku.




Dalai Lama, tuż za rogiem, też ma swój ogródek. Lekko pochylony pewnie właśnie drepcze tam i z powrotem śmiejąc się sam do siebie. Trudno o lepsze miejsce na pielęgnowanie wewnętrznego spokoju. Dlatego spaceruje sobie dalej, nie zwracając uwagi na pierwsze dzisiaj tłuste krople deszczu i coraz bliższe grzmoty.
Jak co dzień w Mc Leod Ganj i dziś będzie burza.
Ale i my nie mamy zamiaru uciekać z naszego tarasu.
Mijają nam minuty i godziny, a może dni i tygodnie. Wszystko jest bardzo daleko i bardzo blisko.
Patrzymy na kształty gęstych jak bita śmietana chmur.
Na pierwsze oślepiające błyskawice. Na psy, kudłate szczeniaki, tarzające się w naszym ogródku i kunę odstraszającą małpy. Na swoje stopy w podwójnych skarpetkach oparte o zieloną barierkę. I popijając grzane piwo z blaszanej miski ze śmiechem patrzymy sobie w oczy.
W cieniu krzepiącego uśmiechu Dalai Lamy odkrywamy na nowo to, co już dawno znaleźliśmy i delektujemy się tym bez końca.




Autor: Ania&Olo. Kategorie: India.
| P | W | Ś | C | P | S | N |
|---|---|---|---|---|---|---|
| « mar | ||||||
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||