18 Kwiecień 2011
„The very purpose of human life is happiness” HH Dalailama XIV
Długo przeciąga się w łóżku. Wstaje powoli, bo chociaż jego twarz ciągle wygląda jak twarz dziecka, to ma już przecież swoje lata. Za oknem dopiero świta i nad górami podnosi się mgła. Jak każdy mnich zawsze budzi się wcześnie, ale może i tak nie umiałby się wysypiać. Jest zbyt ciekawy nowego dnia. W tak dobrze znanym sobie rytmie sprawnie owija się w czerwono-żółte szaty. Siada po turecku na kawałku dywanu przy dużym oknie z widokiem na ośnieżone szczyty. Słucha brzęczących dźwięków budzącego się klasztoru. Wkłada okulary i zamyka oczy grzejąc się po zimnej nocy w słońcu jak zadowolony kot. Jest gotowy na poranne mantrowanie.
Kiedy wspinam się po stromych schodach w stronę głównej ulicy miasteczko Mc Leod Ganj już dawno wstało. Znów spaliśmy jak dzieci. Długo i z głową pełną dziwnych snów. Sen jest podobno najlepszą medytacją, jak twierdzi sam Dalai Lama i tej tezy zamierzamy się tu trzymać.
Wysoki sprzedawca o kaszmirskich rysach twarzy jak co dzień mówi mi dzień dobry, kiedy kończę sapać na ostatnim ze schodów. Znajomy pan z chodnikowego warzywniaka uśmiecha się z daleka i wyciąga koszyk na pomidory. Kioskarz zagaduje jak się mam podając dzisiejszą gazetę. Z nadzieją macha żebraczka siedząca w tym samym co wczoraj i przedwczoraj miejscu.
Na chwilę mamy to za czym tęsknimy w drodze. Oswojone miejsce. Dom.


Na słonecznym tarasie rozkładamy królewskie śniadanie. Tybetański chleb, jajka na twardo, słodkie pomidory, talerz cebuli, świeżej kolendry i szczypiorku. Pachnie prawdziwą kawą.
Jego Świątobliwość już dawno zjadł pierwszy posiłek. Co to było? Tybetańska owsianka? Ryż po indyjsku z płaskimi chlebowymi plackami? A może coś bardziej awangardowego? Na terenie klasztoru widzieliśmy przecież nieco zakamuflowaną włoską restaurację z najlepszą pizzą w mieście. W każdym razie, mamy głęboką nadzieję, że może jeść częściej niż skromne dwa razy dziennie jak inni mnisi. Ktoś kto tak bardzo celebruje życie na pewno lubi też konsumować.
Tymczasem nasz ogródek przed tarasem ożywa. Na ciepłe słońce ze swoich nor wyłażą kuny. Niepewnie przebiega znajomy bury kot bez ogona. Z impetem wpadają rozwrzeszczane złośliwe małpy psując co się da po drodze. Wreszcie nie wiadomo jak i skąd pojawiają się zadowolone, grube kundle. Gapimy się my i gapią się one. Domowe zoo na najlepszym w okolicy trawniku.




Dalai Lama, tuż za rogiem, też ma swój ogródek. Lekko pochylony pewnie właśnie drepcze tam i z powrotem śmiejąc się sam do siebie. Trudno o lepsze miejsce na pielęgnowanie wewnętrznego spokoju. Dlatego spaceruje sobie dalej, nie zwracając uwagi na pierwsze dzisiaj tłuste krople deszczu i coraz bliższe grzmoty.
Jak co dzień w Mc Leod Ganj i dziś będzie burza.
Ale i my nie mamy zamiaru uciekać z naszego tarasu.
Mijają nam minuty i godziny, a może dni i tygodnie. Wszystko jest bardzo daleko i bardzo blisko.
Patrzymy na kształty gęstych jak bita śmietana chmur.
Na pierwsze oślepiające błyskawice. Na psy, kudłate szczeniaki, tarzające się w naszym ogródku i kunę odstraszającą małpy. Na swoje stopy w podwójnych skarpetkach oparte o zieloną barierkę. I popijając grzane piwo z blaszanej miski ze śmiechem patrzymy sobie w oczy.
W cieniu krzepiącego uśmiechu Dalai Lamy odkrywamy na nowo to, co już dawno znaleźliśmy i delektujemy się tym bez końca.




Autor: Ania&Olo. Kategorie: India .
Komentarze (2)
Ajka:
28 kwi 2011 o 23:40.
Witajcie, w dniu dzisiejszym stałam się szczęśliwą i dumną posiadaczką Waszego cudownego zdjęcia dziewczynki z Indii, pomimo, że nie planowałam nic licytować. Jestem nim absolutnie zachwycona (nie tylko ja, ale także kilka osób, które zaczepiło mnie w autobusie, gdy wracałyśmy we dwie do domu :)). Namiar na Was dała mi Wasza urocza znajoma, którą spotkałam na Gali i serdecznie przy tej okazji pozdrawiam. Z przyjemnością będę śledzić Waszą dalszą podróż! Powodzenia!
mago:
16 cze 2011 o 17:49.
Lubię to!
