30Styczeń2011

Bangkok-Dhaka

Na lotnisko dojeżdżamy ledwo żywi. My i rowery, taksówką. Przyznajemy, niezbyt sportowo.

Wszystko przez to, że bardzo źle znosimy rozstania z Jarkiem i poprzedni wieczór zakończył się prawie o czwartej nad ranem. Poranek dwie godziny później był jednym z tych niezapomnianych, kiedy człowiek żałuje, że w ogóle się urodził.

 Lecimy do stolicy Bangladeszu krajowymi bangladeskimi liniami. To znaczy chyba lecimy, bo póki co lot jest opóźniony o jakieś sześć godzin. Nasz samolot jest podobno spóźniony już od czterech dni, cokolwiek to może oznaczać. Tak przynajmniej tłumaczą nam nowo zapoznani, pierwsi bangladescy przyjaciele z ławki obok. W czarnych garniturach ciasno opinających syte brzuchy i błyszczących skórzanych butach wracają z tajskich wakacji i biznesowych wycieczek. Każdy obowiązkowo z 42 calową nowiutką plazmą Sony załadowaną na lotniskowy wózek oraz przynajmniej dwiema wypchanymi walizkami.

Pozostaje nam mieć nadzieję, że starczy jeszcze miejsca na nasze rowery.

 Ostatni dzień w Tajlandii miło upływa nam na lotnisku. Upychamy rzeczy do ceratowej pasiastej torby, zawijamy rowery w metry worków i taśmy, szorujemy usmarowane ręce, odbywamy sentymentalne wycieczki do 7-eleven, zajadamy ostatnie tajskie curry i wypełniamy szkolne szczegółowe ankiety na temat biegunki wręczane przez uśmiechnięte studentki.

Wreszcie poznym wieczorem znikaja gdzies pod nami ostatnie bangkokowe swiatla. Zostawiamy gladkie drogi szybkiego ruchu, sklepy pelne tajskich i europejskich smakolykow, eleganckie centra handlowe i blyszczace szpitale. Zostaja za nami plaze pod palmami i hostelowe wygody. Opuszczamy tez usmiechnietych Tajow i Tajki, tak bardzo oswojonych z „bialym” turysta, ze juz dawno przestali zwracac na nas uwage.

Do Dhaki mamy tylko dwie godziny drogi, ale rownie dobrze moglaby znajdowac sie na innej planecie.

Witaja nas dziurawe, bezchodnikowe drogi, przerazajaco obite autobusy z rykiem taranujace wszystko co na drodze, wychudzeni kierowcy rowerowych riksz i glodne rece wyciagniete po jalmuzne. 
I oczy wszystkich w promieniu kilkudziesieciu metrow. Te oczy, okragle ze zdziwienia na widok „obcego”, bez jednego mrugniecia beda nas sledzic i obserwowac gdziekolwiek nie pojdziemy. 

Tylko towarzystwo bangladeskich artystow, przyjaciol naszego couchsurferowego gospodarza w ta pierwsza noc zmiekcza nieco nasze twarde ladowanie.

Autor: Ania&Olo. Kategorie: Bangladesz; RoWeRy; Tajlandia.

1 

28Styczeń2011

Dziękujemy!

Dziekujemy za Wasze glosy w konkursie na bloga roku. Ilosc smsow przekroczyla nasze oczekiwania i chcielibysmy napisac ze stawiamy za kazdego smsa piwo,ale nie wygralismy wiec nastepnym razem:)))

Autor: Ania&Olo. Kategorie: Inne.

1 

20Styczeń2011

Koh Mak

Na pewno nieraz widzieliście reklamy idealnych wakacji w folderach biur podróży. Na zdjęciu jest nagrzany piasek, spokojne morze w niemożliwie głębokich kolorach niebieskiego i zielonego, koniecznie kokosowa palma, lekko pochylająca się nad pustą plażą.

Zwykle wiemy, że to złudzenie, sprytny chwyt, który obiecuje coś co tak naprawdę nie istnieje. Zdjęcie zostało zapewne umyślnie zrobione skoro świt, kiedy wygłodniałe słońca tabuny białych na wakacjach jeszcze głęboko śpią. Albo z tego jednego jedynego miejsca na plaży, gdzie w kadr nie wkradają się betonowe hotelowe wieżowce i nie widać nawet kawałka biegnącej tuż za palmą hałaśliwej dwupasmówki. I kiedy fotograf zapłacił wszystkim sprzedającym niezbędne urlopowe gadżety od lodów, napojów i dmuchanych kółek po wycieczki łódką z przeźroczystym dnem, żeby sobie na chwilę poszli.

Jest jeszcze jedna możliwość. Wszystkie te zdjęcia, które widzieliście były zrobione w jakiś zupełnie zwykły dzień na Ko Maku.

Pierwszy raz przyjeżdżamy tu we trójkę.

Droga z Bangkoku zabiera nam sześć dni. Pierwsze dni Jarka na rowerze. Dla nas wszystkich pierwsze, długie godziny jazdy rowerem po autostradach i drogach szybkiego ruchu, w niemożliwym huku i oparach spalin, z duszą na ramieniu, przepuszczani przez uśmiechniętych tajskich kierowców tirów. Pierwsza pęknięta opona, oczywiście Jarka, na zachętę od losu. Pierwsza od Kirgistanu noc w namiocie i to noc ostatnia, nieprzepuszczający powietrza materiał jest niewątpliwą zaletą, ale raczej nie w tropikach. Pierwsze od dawna nowe spojrzenie na Tajlandię, od seksturystycznej zatłoczonej Pattayi z neonami, wielkimi hotelami i rosyjskim menu w każdej restauracji po malutkie wioski o trudnej do wymówienia nazwie, gdzie każdy, nawet najmniejsze z dzieci zajmuje się suszeniem mikroskopijnych krewetek a czas dawno stanął w miejscu.

Wreszcie po trzygodzinnej podróży towarową łodzią jesteśmy. I od pierwszego dnia dajemy się zaczarować.

Ko Mak może się pochwalić jedną betonową, wąską drogą, która biegnie wokół środka wyspy. Ma jakieś 12 kilometrów, jest kręta, nocą nieoświetlona, a na ciepłej jezdni śpią psy i bawią się dzieci. Może dlatego wszyscy jeżdżą tu powoli. A może po prostu nie ma się po co śpieszyć? W godzinach szczytu, najczęściej kiedy towarowa łódka przywozi zamówienia, a my siedzimy pod naszym ulubionym sklepem, w ciągu godziny można by naliczyć jakieś pięć przejeżdżających obok aut i może drugie tyle motocykli. Na całej wyspie jest tylko kilka sklepów, dla ułatwienia wszystkie mają niemal ten sam asortyment, dlatego nie trzeba się fatygować nigdzie dalej. W zasięgu wzroku mamy wystarczającą ilość knajpek, na tyle dużo że co dzień możemy jeść w innej, ale też na szczęście na tyle mało, że już po kilku dniach znamy menu na pamięć. Szybko głównym i jedynym problemem staje się dla nas wybór kolejnego posiłku.

Na wyspie jest jedna szkoła, mała przychodnia dumnie zwana kliniką, budynek policji, z którego nigdy nikt nie wychodzi, bo też i po co. Ko Mak ma własną elektrownię, która zawiesza działalność na czas burzy, plantacje kauczuku, które trudno nazwać plantacjami, bo jakoś nie widać, żeby ktoś tam pracował i domowy recycling śmieci, o którym tylko słyszeliśmy. Ma nawet miniaturową siłownię prowadzoną przez mieszane tajsko-szwajcarskie małżeństwo i piekarnię należącą do tajsko-niemieckiej pary. I ma łagodne, łaszące się do każdego psiaki, które też wyglądają jakby pochodziły z mieszanych tajsko-europejskich psich romansów.

Komakowi uśmiechnięci ludzie zarażają nas swoim spokojem. Witamy ich co dzień jak dobrych znajomych, a posiadanie znajomych na dłużej niż dzień czy dwa jest w podróży prawdziwym luksusem.

Większość z nich wygląda jakby nigdy stąd nie wyjeżdżała. I wcale im się nie dziwimy.

I dla nas plaża, palmy i ciepłe morze stały się tu tylko dodatkiem.

*********************************************************

Drugi raz wracamy na Ko Mak już nie sami. Jest nas dwanaścioro.

Czekaliśmy na to pół roku i nie było dnia żebyśmy o tym nie rozmawiali.

Właściwie tak często każdy z nas to sobie wyobrażał, że już sami nie wiemy czy to się dzieje naprawdę. Mamy gości!!!!!

Nie bez przygód na Sylwestrowe wakacje przyjeżdża dziewięcioro naszych przyjaciół.

Trójka z nich spóźniła się na samolot i żeby tu dotrzeć w ciągu jednej nocy musi zmienić lotnisko z berlińskiego na wiedeńskie. Niektórzy nie byli na prawdziwym urlopie od kilku lat. Inni nigdy jeszcze nie byli ani w Tajlandii ani w Azji.  Jeszcze inni po raz pierwszy i z niepokojem zostawiają swoje dopiero co rozpędzone firmy w cudzych rękach. Wszyscy, włącznie z nami, są zmęczeni i oszołomieni.

Ale zdradzę Wam, że mało jest większych przyjemności niż przyglądanie się jak komakowy czar szybko działa na tych, których lubimy.

Nie wiadomo kiedy i dla nich największym problemem dnia jest wybór śniadania, a robienie prania (w automatycznej pralce zaznaczam) zajmuje im cały dzień.

Dni mijają nam stanowczo za szybko.

Leżymy na plaży i w hamakach, co odważniejsi w leżakach pod ciężkimi od kokosów palmami (nie musicie w to wierzyć, ale one naprawdę czasem spadają). Rozpływamy się siedząc godzinami w wodzie. Co bardziej aktywni grają w piłkę, pływają na kajakach i rzucają frisbee, a co bardziej zrelaksowani zasypiają na materacu, w morzu i z drinkiem w ręku. Świętujemy Sylwestra tropikalnym napojami oraz kromką z pasztetem prosto z Polski. I mamy też śniadaniową fiestę-niespodziankę wymyśloną przez pewną pomysłową parę ze wszystkim co moglibyście sobie wymarzyć na plażowym pikniku. Wspólnie odkrywamy zapomniany przez turystów parkiet w barze na końcu świata, gdzie przez jedną noc jesteśmy tylko my i nasza muzyka (niektórzy w tym czasie odkrywają wygodne kanapy, ale blisko parkietu, żeby nie czuć się zbyt samotnie).  Razem też męczymy się z głodu w śniadaniowych knajpkach, gdzie jedyna kucharka z właściwym sobie powolnym wyspiarskim wdziękiem po kolei serwuje nam zamówienia. Ci szczęśliwcy, którzy zjedli jako pierwsi mogą spokojnie wrócić w to samo miejsce na lunch i być pewni, że ktoś z nas jeszcze tam siedzi czekając na swoje śniadanie.

Ale przede wszystkim rozmawiamy, opowiadamy i słuchamy, spieramy się i śmiejemy do bólu brzucha. Naprawdę nie widzieliśmy się aż pół roku?

Przez ten krótki czas należymy wszyscy do Ko Maku. Pewnie dlatego połowa z nas zapada na tajemniczą gorączkową chorobę zaraz po opuszczeniu wyspy.

*********************************************************

Chcielibyśmy Was tu wszystkich teleportować jakimś magicznym sposobem. Najlepiej teraz, poświątecznie, w polskich roztopach albo mrozach, kiedy do wiosny jeszcze daleko, nie mówiąc już o wakacjach.

Ale niech to zostanie między nami. Nie pokazujcie tych zdjęć znajomym znajomych. I nie opowiadajcie im, że jest takie miejsce. Nie dawajcie im proszę wskazówek i porad jak się tu dostać. Niech wszyscy tłumnie tu nie przyjeżdżają.

Być może wtedy wysepka Ko Mak zostanie jeszcze przez chwilę taka jaka jest.

p.s.Dziękujemy za fotki ANT, FGL, PTQ.

Autor: Ania&Olo. Kategorie: RoWeRy; Tajlandia.

2 

24Grudzień2010

Wesołych Świąt!

Są dwa stoliki, jak każe tradycja uginające się pod ciężarem smakołyków, tych potraw, których musi być co najmniej dwanaście. Jest ryba, znajomo i męcząco oścista, w czosnkowo-pieprzowym sosie. Jest zupa z makaronem, a jakże, grzybowa, w ostatniej chwili przerobiona z sosu przez zdezorientowanego kucharza. Uwierzcie lub nie, ale jest też prawdziwy, ciemny i wilgotny chleb, pochopnie zwany tu niemieckim, choć tak bardzo smakuje po polsku.

Jest odświętny obrus zrobiony z apaszki, papierowe talerze i czerwone wino w plastikowych kubkach. Są kolorowe i szeleszczące prezenty pod kokosową palmą. Jest czwarte, puste krzesło i nakrycie czekające na niezapowiedzianego i mamy nadzieję, że głodnego gościa. Są wyspiarskie psy między palmami, które należą do wszystkich i nikogo, te powiedzą nam w wigilijną północ tajskim głosem „Kopunkaaap!”, czyli „Dziękuję!” za świąteczną psią pełną miskę. Jest zachodzące na czerwono słońce i szumiące łagodnie w czasie odpływu morze. Są radosne, miękkie rytmy reggae zamiast kolęd płynące z plażowego baru tuż za nami. Są ludzie przychodzący do naszego stolika złożyć nam świąteczne życzenia, porwać kawałek ciastka, uściskać, dobre duchy, które jak my dali się zaczarować na dłużej tej małej wyspie.

I wreszcie na wigilijnej plaży jesteśmy my. Nieco wymięte koszule w kratkę w duecie z krótkimi spodenkami i japonkami. Niewyprasowana sukienka i niezbyt trwały w upale makijaż. Odświętni. Uśmiechnięci.

Zamiast opłatka dzielimy się swoim czasem, tego mamy tu pod dostatkiem.

Mogłabym zacząć teraz listę tych wszystkich rzeczy, których tu brak i bez których trudno uwierzyć, że to Święta Bożego Narodzenia. Zima, ubrana choinka, światełka, zapachy kruchych ciastek, barszcz i makówki, kartki w pocztowej skrzynce, telewizyjna ramówka i szał zakupów.

Tak można by w nieskończoność, ale nam brakuje tylko jednego, tego najważniejszego. Was.

Mamy, rodziców, naszych babć, siostry i brata, szwagra, cioć, wujków, siostrzenic i siostrzeńców, kuzynów i kuzynek, chrzestnych i chrześniaków, naszych przyjaciół śląskich, wrocławskich, krakowskich, warszawskich i zakopiańskich.

My nie możemy być tam, a Wy w żaden sposób nie możecie być tu.

Dlatego nachalnie oblepiamy Was myślami jak nadmorskim piaskiem, tęsknimy głęboko jak ocean i to nie tylko od święta, a kciuki nas bolą od smsowania. I nie marudzimy już, bo tak dobrze jest wiedzieć, że tam jesteście!

I dziś życzymy Wam:

Żebyście co dzień czuli się kochani, wyjątkowi i uśmiechali się do siebie w lustrze.

Żeby w Waszej podróży nigdy nie zabrakło odwagi, ciekawości i poczucia humoru.

Żeby to, co tak różnie nazywamy szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bożą łaską, czy fartem zdarzało się Wam jak najczęściej.

Żebyście tak jak my dziś podnieśli wzrok przy świątecznym stole, zobaczyli dookoła samych przyjaciół i pomyśleli o tym jak bardzo jesteście szczęśliwi.

Żeby świąteczny spokój ducha już nigdy Was nie opuścił.

Żebyście mieli czas na to co najważniejsze i dla tych, co dla Was są najważniejsi.

I sobie też tego życzymy.

Kochani, radosnych, szczęśliwych, najweselszych Świąt!!!!!!!

Autor: Ania&Olo. Kategorie: Inne; Tajlandia.

3 

25Listopad2010

Lao P.D.R. – Lao Please Don’t Rush

Wszystko jest nowe. Nowy kraj, nowy język, nowe twarze. Nowy środek transportu i nowa wyprawa. My też jesteśmy jacyś nowi.

Odkrywamy nasze pierwsze rowerowe uroki i przekleństwa.

Kilometrowe dystanse nabierają nowego znaczenia, tak jak i widokowe trasy po górach i pagórkach. Wcześniej oddalone o 500 kilometrów jazdy autobusem miasto wydawało się być blisko. Teraz zaledwie 80, a czasem i 60 kilometrów drogi zajmuje nam cały dzień. Jeszcze niedawno podróż niekończącymi się zakrętami, raz w dół raz pod górę była po prostu piękna, a widoki widziane przez szybę zachwycały. Teraz zapewne nie straciła na urodzie, ale trudno nam czasem ocenić krajobrazy, kiedy lejący się do oczu pot rozmazuje nieco wizję.

Poznajemy przykrą i oczywistą prawdę, że zawsze (przynajmniej w Laosie) kiedy jest w dół, i można jak mówił mi mój dziadek, jechać sobie „za darmo”, zaraz trzeba będzie odpokutować i na pewno zacznie się podjazd.

Zmieniamy urlopowy tryb życia. Wstajemy rano, aj jak rano. A wieczory stają się nagle bardzo krótkie, po tych co bardziej męczących dniach zasypiamy jak dzieci już po 21.

Kucające azjatyckie toalety są męczarnią dla zakwaszonych mięśni i nieprzyzwyczajonych do długiego pedałowania kolan.

W hostelach wyznacznikiem komfortu staje się niespodziewanie grubość materaca, bo nasze obite pośladki nie znoszą twardych łóżek.

Rzucamy się na jedzenie, szczególnie po drodze, w czasie częstych przystanków pochłaniamy jak odkurzacze, jakbyśmy nie jedli niczego od tygodni pożeramy wszystko co jest akurat pod ręką czyli najczęściej kilogramy bananów.

Sprawdzamy na własnej skórze (albo raczej nogach) co tak naprawdę znaczy 10% nachylenie podjazdu, szczególnie z pięcioma torbami, które niespecjalnie pomagają. Zresztą okazuje się, że z tak ciężkim rowerem trzeba nieraz i w dół pedałować, żeby w ogóle ruszyć z miejsca.

Chyba nie za bardzo ta opowieść zachęca do rowerowego zwiedzania świata. No to posłuchajcie tego.

Są rzeczy, których nie widać z okna autobusu. Albo widać tylko krótką chwilę. Mijają gdzieś rozmazane, małe, nieważne. Są takie przejazdy, które kołysani w rytmie obracających się kół przesypiamy. Albo tak długie, że znudzeni i zmęczeni myśleniem niecierpliwie czekamy aż dojedziemy na miejsce. Są takie, w których zapadamy w jakiś letarg, nie chce nam się rozmawiać, wysiadać na przystankach ani myśleć o niczym.

Tu nagle mamy czas, żeby przyjrzeć się wszystkiemu od nowa.

Gromadzie niemożliwie umorusanych dzieciaków w dziurawych koszulkach, a czasem bez, w jedynych klapkach albo na bosaka w każdej mijanej wiosce. Miłej, nieskończenie uśmiechniętej pani z przydrożnego sklepiku, która zagaduje po laotańsku, a my do niej z braku alternatywy po polsku. Możemy zobaczyć zwykłą chatkę od środka, gdzie przy drewnianym stoliku żona naszego gospodarza serwuje nam miskę ostrego makaronu za 40 groszy. Na ścianach wiszą chińskie plakaty z wodospadami, buddyjska kapliczka, para wyblakłych, czarno-białych zdjęć i erotyczne postery prawie gołych par. Pod ścianą jeden duży materac i dwójka nieśmiałych chłopców. A my możemy sobie odpocząć w cieniu, na krzesłach w czyimś domu, ot tak po prostu. Aż trudno uwierzyć jak bardzo zrobiło się nam blisko do tych innych, już nie tak obcych ludzi.

Dookoła jest tak zielono, że upajamy się aż do zieloności. Drzewa, krzaki, palmy, trawa.

A z wydającej dziwne i straszne dla białego człowieka odgłosy dżungli wyłania się czasem przybysz z innej epoki. Wychudzony mężczyzna w kaloszach do kolan z długą strzelbą na ramieniu, rodem pewnie z XIX wieku. Za nim  taszcząc jakieś ustrzelone na obiad ptaki drepcze uśmiechnięty potomek.

Z bliżej też nieznanych nam przyczyn ludzie Laosu okazują nieokiełznaną radość na nasz widok. W wioskach z każdej strony biegną dzieci krzycząc na powitanie ‘ Sabaydeeeee!!’, czyli laotańskie ‘Dzień dobry’. Całe tabuny małych i dużych machają, wybiegają na jezdnię i wystawiają ręce żeby jadąc przybić im piątkę,  pokazują uniesione w górę kciuki drąc się w niebogłosy ‘OK.!!’. Niektórych nie widać wcale zza krzaków, słychać tylko najweselsze na świecie ‘Sabaydee’. Te najmniejsze na rękach u swoich mam patrzą oniemiałe, a uśmiechnięte mamy same machają i uczą swoje dzieci jak mantry- ‘Sabaydee’ huczy nam w uszach!

Kiedy trafiamy akurat na koniec zajęć w szkole na drodze panuje szał jak na mecie ‘Tour de France’. Na swoich rowerach chłopcy i dziewczynki próbują nas wyprzedzać pokrzykując oczywiście wiecie już co, nagle otacza nas las rąk i wszystkie chcą dostać piątkę. Ci, którym się udało kwiczą i skaczą z radości. Inni zagadują jak umieją po angielsku „Thank you! One, two, Three…I love you!!’.

W życiu w tak krótkim czasie nie zebraliśmy tylu uśmiechów i sami, z przyklejonym na stałe już chyba do twarzy bananem od ucha do ucha dajemy się porwać krzycząc do wszystkich swoje ‘Sabaydeee!’. Nawet jeśli jadąc pod górkę i ledwo dysząc wychodzi nam jakieś ‘baydee!’ albo co gorsza tylko żałosne ‘deee!’.

Więc jeśli dawno już nikt nie ucieszył się specjalnie na Wasz widok to przyjedźcie do Laosu. I koniecznie weźcie ze sobą rower, bo nie wiem czy bez tego czar dalej działa.

Znów sama droga stała się sensem podróży.

Znowu chce nam się chcieć.

Nie wiemy czy to rower, czy to Laos, czy może ta podwójna kombinacja.

Gdzie byśmy nie pojechali, w którąkolwiek stronę byśmy nie poszli i gdzie nie usiedli cały czas jesteśmy na wsi.  Nigdzie nie ma bloków, wielkich sklepów, szybkich dróg, smogu, tłumu ludzi, hałasu. Są bambusowe domki na palach, asfaltowa, prawie pusta jezdnia, na poboczu której zaczyna się gęsta, zielona dżungla, ustępująca co jakiś czas miejsca bananowym lasom i polom ryżowym.

Po Chinach mamy wrażenie, jakby minął nam uporczywy ból głowy. Być może trochę go polubiliśmy i zaprzyjaźniliśmy się z nim, ale tu w Laosie żegnamy go z wielką ulgą.

Nawet piejący zawsze pod naszym oknem, zawsze od trzeciej nad ranem, gdziekolwiek byśmy nie spali, ochrypły, leciwy kogut, nie jest w stanie zmącić naszego laotańskiego spokoju ducha.

Autor: Ania&Olo. Kategorie: Laos; RoWeRy.

0